Przekraczając bramę wjazdową ośrodka wkroczyliśmy w świat westernu. Mieliśmy Rodeo, Saloon i Rancho, z których bardzo chętnie korzystaliśmy... Wieczór pierwszy skończył się nocną imprezą okraszoną śpiewami do białego rana i tańcami do upadłego. Efekty na następny dzień były nieuniknione. Było cicho. Nawet Sonia była cicho...ale nie na długo. Pomimo, wielu utrudnień w sobotę, praca członków AIESEC, aby „społeczeństwo” było zdrowe, prężne i oświecone, nie poszła na marne, poprzez niezłomną i okupioną wieloma wyrzeczeniami pracę u podstaw! Wieczorem, zostały ogłoszone teamy do nowych projektów, a potem świętowanie, z ogniskiem i pieczonymi kiełbaskami. W niedziele, jak z resztą również w piątek i sobotę ciężko pracowaliśmy, zdobywając nową wiedzę i budując nasze nowe teamy, także zgłębiając wiedzę o naszych projektach, jednak w sercach już sączyła się powolna stróżka smutku, z powodu rychłego opuszczenia naszego Dzikiego Zachodu i powrotu do rzeczywistości. Niestety, nic nie trwa wiecznie i MarCo też musiało się skończyć, choć zbyt szybko, bo jakże tu nie pokochać ludzi, którzy w przerwach bawią się w Dżdżowniczkę, albo tańczą szalone AIESEC dances. Jednakże, przed samym wyjazdem, miało miejsce jeszcze jedno fascynujące i z pewnością niezapomniane wydarzenie, otóż roll-calle. Tak, pieśń o sklepie monopolowym całodobowym i bajka o Kopciuszku pozostaną w pamięci i opowieściach, które będą przekazywane z pokolenia na pokolenie. Pozwolę na zakończenie zacytować słowa, sztuki, która wyprzedza swoje czasy, jednak z pewnością kiedyś zostanie wpisana do kanonu kultury.
The End.
Alright. ;)
** autor tekstu : Przemek Kaleta
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz